Kontrole w świętokrzyskich schroniskach dla zwierząt
Zima i bardzo niskie temperatury to czas szczególnie trudny dla zwierząt. Na polecenie wojewody świętokrzyskiego Józefa Bryka przeprowadzono kontrole w schroniskach dla bezdomnych zwierząt na terenie województwa świętokrzyskiego. Czynności wykonywali przedstawiciele Powiatowych Inspektoratów Weterynarii. Kontrole zakończyły się w siedmiu z ośmiu schronisk na terenie województwa. Zgodnie z informacja wojewody, wyniki kontroli wykazały, że zwierzęta są bezpieczne. Stwierdzono tylko jedno uchybienie.
Wszystko zaczęło się od entuzjastycznego wpisu prezydenta Boguckiego. Włodarz, nawiązując do głośnej w całej Polsce akcji Dody i kontroli w Bytomiu, poinformował, że schronisko Baros przeszło inspekcję Powiatowego Lekarza Weterynarii. Wynik? Pozytywny. Kojce zabezpieczone, słoma dowieziona, dobrostan zachowany.
Problem w tym, że wystarczyło kilka zdjęć dołączonych do posta, by czujne oczy internautów i ekspertów od ochrony zwierząt dostrzegły obraz drastycznie odbiegający od urzędowej narracji.
Budy-widma i słoma na betonie
Największe kontrowersje wzbudziły warunki bytowe zwierząt w czasie panujących mrozów. Na opublikowanych fotografiach widać psy zakopane w słomie, ale... leżące bezpośrednio na betonowej wylewce.
„Słoma rzucona na beton bez drewnianego podestu przy ujemnych temperaturach szybko wilgotnieje i zamiast grzać, wyciąga ciepło z organizmu psa” – punktują komentujący. Najczęściej zadawanym pytaniem pod postem było jednak: Gdzie są budy? Na zdjęciach widać jedynie pręty i betonowe ściany kojców, co nasuwa podejrzenie, że psy nie mają możliwości schronienia się w izolowanym, suchym pomieszczeniu.
„Rączka rączkę myje”, czyli kryzys zaufania do inspekcji
Prezydent Bogucki podpiera się opinią Powiatowego Lekarza Weterynarii (PIW). Jednak dla osób śledzących losy „mordowni” w Polsce, taki argument jest bezwartościowy. Internauci przypominają przypadki z Bytomia, Radys czy Wojtyszek, gdzie przez lata PIW nie stwierdzał uchybień, podczas gdy za zamkniętymi bramami zwierzęta umierały z głodu i chorób.
„Kontrola PIW to parodia. Jedzie kumpel do kumpla i wystawia opinię, że wszystko jest super” – pisze pani Anna, jedna z komentujących. Mieszkańcy domagają się dopuszczenia do schroniska niezależnych organizacji prozwierzęcych i weterynarzy spoza lokalnego układu.
Twierdza Baros. Wolontariat, którego nie ma
Kolejnym punktem zapalnym jest kwestia wolontariatu. Schronisko Baros od lat cieszy się złą sławą miejsca „zamkniętego”. Z relacji mieszkańców wynika, że wejście na teren obiektu jest praktycznie niemożliwe, a psy do adopcji wydawane są „przed bramę”.
- Brak socjalizacji. Bez wolontariuszy psy dziczeją, co uniemożliwia ich skuteczną adopcję.
- Brak transparentności. Miejsce, które nie ma nic do ukrycia, otwiera drzwi dla mieszkańców i mediów. Dlaczego Baros tego nie robi?
Pytania bez odpowiedzi
Pod postem prezydenta padły konkretne pytania, na które urząd na razie milczy:
- Czy psy są kastrowane i sterylizowane? (Gmina płaci za to publiczne pieniądze).
- Jak wygląda umowa z firmą Baros? Czy przewiduje ona realny wolontariat i spacery?
- Co znajduje się w miskach? Internauci dopatrzyli się na zdjęciach rozmoczonego chleba, który dla psa w zimie jest dietą głodową.
„Nie idziemy na kompromisy” – sprawdzamy!
Prezydent Bogucki zadeklarował, że w kwestii dobrostanu nie idzie na kompromisy. Mieszkańcy Skarżyska trzymają go za słowo i zapowiadają, że nie odpuszczą. Padają zaproszenia dla ogólnopolskich aktywistów – Konrada Kuźmińskiego z DIOZ, Łukasza Litewki czy samej Dody.
Jeśli schronisko Baros rzeczywiście jest wzorową placówką, prezydent nie powinien mieć problemu z zaproszeniem niezależnej kontroli i otwarciem bram dla wolontariuszy. Dopóki to nie nastąpi, urzędowe posty o „bezpiecznych kojcach” będą odbierane jedynie jako cyniczny PR uprawiany na cierpieniu zwierząt.