Wysiadam z samochodu na skraju głębokiego, porośniętego krzewami wąwozu w Ossolinie. Przede mną, nad pustą przestrzenią, wznosi się samotna, kamienna arkada dawnego mostu. To jedyny widoczny ślad po trzykondygnacyjnym, czworobocznym zamku z cylindryczną wieżą, który w pierwszej połowie XVII wieku wzniósł tu kanclerz Jerzy Ossoliński. Warownię wysadził w powietrze w 1816 roku jej kolejny właściciel, Antoni Ledóchowski, szukając rzekomych skarbów, a ostateczne zniszczenie przyniosła jesień 1944 roku, gdy Niemcy wycofując się, zrównali z ziemią ocalałą wieżę, by utwardzić przeprawę dla czołgów. Dziś ten ułamany fragment łuku, zawieszony w powietrzu, otwiera moją drogę. Jesienna trasa po Świętokrzyskiem zaczyna się w miejscu, gdzie wielka historia zostawiła po sobie tylko surowy kamień i ciszę.
Kawałek dalej, za zakrętem, schodzę ku podziemnej kaplicy betlejemskiej. Założenie, ufundowane przez kanclerza w 1640 roku, a odnowione ponad sto lat później przez jego potomka, Józefa Salezego, ukryte jest pod stożkowatym, ziemnym kopcem zwieńczonym smukłą latarnią z krzyżem. Podchodzę alejką flankowaną przez dwa symetryczne pawilony z ciosów piaskowca, nazywane domkami pustelników. Na wysokiej kolumnie stoi kamienna figura Matki Boskiej z Dzieciątkiem, a całość zamyka czworoboczny mur. Przyglądam się wyrytej nad arkadowym wejściem marmurowej inskrypcji z datami 1640 i 1769. Wewnątrz panuje półmrok; sklepienie kolebkowe ciągnie się niczym podziemny tunel. Według miejscowych podań ziemię, z której usypano kopiec, sprowadzono bezpośrednio z Palestyny, a tradycja do dziś nakazuje odprawiać tu pasterkę na świeżym powietrzu przy blasku ogniska. Robię kilka zdjęć w surowym świetle popołudnia i wracam do samochodu.
Z Ossolina ruszam na północny zachód. Świętokrzyskie jesienią ujawnia swoje łagodniejsze oblicze. Droga wije się wśród lessowych pagórków, omijając rozległe sady. Moim kolejnym przystankiem jest Momina. To stara osada, wczesnośredniowieczne Opole, o którym pisał już autor Bulli Gnieźnieńskiej w 1136 roku.
Zatrzymuję się przed gotycką świątynią pod wezwaniem św. Wojciecha. Jej bryła, opięta potężnymi, ceglanymi szkarpami, ma w sobie surowość wczesnego średniowiecza. Kościół powstał przed 1326 rokiem, ale kolejne stulecia odcisnęły na nim swoje piętno – od zachodu przylega do niego czworoboczna, trzykondygnacyjna wieża, a od północy barokowa, ośmioboczna kaplica nakryta kopułą, ozdobiona w środku dekoracjami stiukowymi. Wchodzę do chłodnego wnętrza. Pod płaskim, drewnianym stropem dostrzegam klasycystyczną polichromię, która optycznie otwiera przestrzeń nawy. Na ścianach wiszą kamienne nagrobki rodziny Jasińskich, a wzrok przykuwają organy z 1880 roku, dzieło Adolfa Hofmana. Marmurowa posadzka pod moimi stopami to pamiątka z połowy XX wieku. Wychodząc na przykościelny plac, myślę o tym, że z tych okolic – z pobliskiego Garbacza – pochodził znany dziewiętnastowieczny filozof, Józef Gołuchowski.
Z Mominy kieruję się w stronę Klimontowa. To miasto o bogatej, wielokulturowej historii, nad którego niską zabudową dominują dwie imponujące świątynie. Moim pierwszym przystankiem jest barokowa kolegiata św. Józefa, ufundowana w 1643 roku przez Jerzego Ossolińskiego. Projekt uderza oryginalnością – eliptyczna nawa otoczona jest obejściem z emporami, co wyraźnie nawiązuje do architektury włoskiej. Frontowa fasada z dwoma wieżami, ukończona dopiero pod koniec XVIII wieku, zwieńczona jest rzeźbami św. Józefa i czterech ewangelistów. Wchodząc do środka, przyglądam się rokokowemu ołtarzowi głównemu i wspaniałym, XVII-wiecznym stiukom Giovanniego Battisty Falconiego w prezbiterium. Na kamiennych portalach odnajduję herb Topór – dumny znak rodu fundatorów.
Kilkaset metrów dalej wznosi się renesansowy kościół św. Jacka i klasztor podominikański, ufundowany przez ojca Jerzego – Zbigniewa Ossolińskiego w pierwszej połowie XVII wieku. Budowla ma późnogotyckie detale, a w jej wnętrzu, obecnie restaurowanym, zachwyca wczesnobarokowy ołtarz z około 1650 roku oraz odsłaniane renesansowe malowidła ścienne. Spacer kończę na klimontowskim rynku, otoczonym zabytkowymi kamienicami, skąd idę jeszcze rzucić okiem na klasycystyczną synagogę z 1851 roku.
Gdy słońce chowa się za wzgórza, uświadamiam sobie, że ta trasa, rozpięta między surową arkadą w Ossolinie a rzymskim barokiem w Klimontowie, pokazała mi region zupełnie inny od tego z turystycznych folderów – cichy, głęboki i pełen nieoczywistych opowieści.
